liryka

BRZOZA W DRODZE
Pamiętam — w drodze
mijałem takie jedno drzewo
gałęziami łaskotało niebo
brzoza mocna, przy wodzie.

Przez duchy posadzone
czy inne dusze ulotne
bo z białym pniem skórne
pamiętam, szeptało liśćmi.

Gdy wracałem, to znikło…
— Przecież tu była brzoza!
— Ach — rzekł jeden cicho —
Pobiegła, gdzie pieśni budzą.

…nigdy nie spotkasz tej samej
ani w miejscu tym samym.
Pamiętać to jak poznać, zbyt mało,
a cóż innego niż droga pozostało?
NA ROZSTAJU
Jaką drogą by nie wędrował,
której ścieżki nie próbował,
czy biegł, pędził, powłóczył nogami,
szedł, czy się skradał nocami…

Wszędzie znajdzie ktoś rozstaje,
bo to po nich kierunek się poznaje,
a na każdym, pod niebem szerokim,
stoi kapliczka w milczeniu głębokiem.

Bywa, że jedna ręka kwiaty układa świeżymi,
a już inna wyciąga zaschłe z roślinami…
Prowadzą wędrowca, by kierunku nie stracił,
choć częściej nikt i wcale kierunku nie znaczył.

Tylko trawy szeleszczą wskazówką cichą,
mile ostrzegą przed drogą błędną i lichą,
jak dotrzeć, gdzie znaleźć, którędy prowadzić,
mówią jak ślad zachować, by ścieżki nie stracić.

Są i takie rozstaje, co znikły w gęstwinie,
za horyzontem w zbyt dalekiej krainie,
a za każdym, gdy stanie wśród pól ostaju,
jeszcze kolejnych i więcej rozstajów…
ZIARNA PIASKU
Pomyślałby ktoś, że świat raz na zawsze
a przecież przyjdzie dzień zwykły, ostatni
i spojrzymy wstecz na ostatek z otchłani,
koniec czasów nadejdzie, oby na plaży.

Tak myśląc: co będzie?
spędzaliśmy czas
na piaskach nad-morza
srebrzystych, wilgotnych i szarych,
w sobie nawzajem zapytani
nieodległym szumem fal wiotkich
oddychając dniem pięknym,
w powietrzu rześkim.

Będą jeszcze ludzie — zapytała
— i czy mimo wszystko?

Dodał tuż za nią, w myśl
wbiegając: Czy więcej tych
co było, niż kolejnych
co dopiero nadejdą?

W fale pobiegliśmy.
W oddechach i odchodząc
od niebieskiego parasola
zerkającego za naszą trójką,
idąc w morze rzuciły fale:
Nie martwcie się.
Jeszcze przyjdą,
jeszcze ich nadejdzie
jak na plaży ziarenek piasku.
BALLADA O KARPACKIM PASTERZU
Dawno temu w mglistych wzgórzach,
w chmurach głębokich, karpackich dolinach,
żył pasterz, co burzy się żadnej nie bał,
od mrozu nie marzł i od słońca nie mdlał,
a bywały dni, że wiatr był mu strawą,
a owce gonił najsłodszą trawą.

Z jakiej zszedł góry, spod której wichury,
takie szeptał imię lud po wsiach i mieścinach:
dla jednych był Iwan, dla drugich był Janem,
gdzie indziej to Janko, tam znów Janosem,
Jovan lub Janis, a czasem Jaśko,
Hans, Jonek czy znów Iwanko.

Pasterzu, gdzie tak idziesz,
wśród potulnych swoich owiec?
Słowa nam nie powiesz?
Uważaj, byś nie zapomniał, żeś człowiek!

Gdy zmęczony był i nogi nieść nie chciały,
kładł się pośród stada, we mchu i wśród skały.
Życie mijało mu w ciszy spokojnej,
a góry pachniały mgłą kropli porannej,
rosą, co srebrem kłosy trawy oplata,
i złotem ze wschodzącego światła.

Pasterzu, gdzie tak prowadzisz
oswojone te owce?
We wsi mamy święto,
daj jedno bydlę, ucztuj z nami,
uważaj, byś nie zapomniał, żeś człowiek!

On nigdy nic nie mówił nikomu,
odchodził w góry, do samotnego domu.
Lecz w myślach powtarzał w ciszy doliny:
„Jadam z owcami, a nie z wilkami” —
i znów uciekał w hal czy wzgórz cień miły,
w których go strzegły wiatr, mgła i skały.

Aż pewnego dnia, na wysokiej połoninie,
zobaczył jak się wtem w niebie ogień rozpłynie,
uskrzydloną postać, ogromną, świetlistą,
co z wężem walczyła w skałach o przystań.
Nie wiedząc, że Michał Archanioł to święty,
chwycił głaz, wzniósł ręce jak najświętszy,
i diabła, co chciał anielskiego męża powalić,
kamieniem ciężkim sam potrafił obalić.

Anioł rzekł: „Za ratunek od zła i bez wątpienia
Karpaty skrzydłem okryję do spełnienia.
i piękno ich nigdy już nie przeminie,
i kto przybędzie góry zbrojnie zdobywać,
ten się zgubi i nie zdoła ich pokonać,
a woda pieśni poniesie w każdej dolinie,
a z tych szczytów do nieba najbliżej zostanie”

Lecz diabeł, w pamięci czarnej i zawistnej,
klątwę dorzucił w ucieczce ułomnej:
„Góry zostaną jak archanioł przykazał 
ale przeminą pasterze, zasną w jaskiniach,
jednych wywiozą w bydlęcych wagonach,
inni zginą z chorób, zła i błota,
innych przepędzi złych ludzi martwota,
bo dobrzy nigdy innych nie pędzą,
a wielu zginie, o których zapomną,
ach pożałujesz pasterzu, żeś pomógł…”

I w jednym ludzie rację mieli wreszcie
bo zapomniał pasterz, że był człowiekiem…
I po dziś dzień owce prowadzi w doliny,
po wzgórzach karpackich, w mgły połoniny.
Od zawsze i na zawsze w ciszy zostanie,
ze stadem swym w szczęściach, na słodkiej trawie,
a woda wciąż śpiewa ballady w strumykach,
a z naszych połonin najbliżej do nieba…
CIENIE CUDZYCH PRZODKÓW
Las żyje, oddycha, szepcze — to nie drzewo, to dusza przemawia.
Mychajło Kociubiński, Cienie zapomnianych przodków
Odeszli pasterze, co strzegli wzgórz,
którzy paśli góry jak owce własne,
gdzie są, dokąd z karpackich mórz,
a wciąż w trawach drżą cienie?

Już kolejni układają kamień na kamieniu,
inne serca dbają o kapliczki przydrożne,
choć podobnie głaszczą drwa w płomieniu,
tacy sami błyszczą nożami dłonie ostrożne.

Są gęste lasy, gdzie nie sposób odróżnić,
wilków od jeleni, zajęcy od dzikich psów,
tak więc odeszły cienie cudzych przodków,
a tytuł własności został — snów nić.
DOLINA SANU
Nić po następnej i nicią wstęga pleciona,
kolejne fale, jak myśli wspomniane,
każda rzecz co jest, była kiedyś wyśniona.

Doliną, gdzie wzeszło słońce,
promieniem gdy słowa drobne,
budząc dopiero z czasem pogodne,
fale senne, a życiem wciąż lśniące.

Gdy przy brzegu błysk przetnę,
wspomnień szczęśliwą wstęgę,
w końcu odpowiem:
czy warto na świat przyjść,
gdzie inni pewnym krokiem,
gdy nic i nikt jak wszystko,
jeszcze bardziej wyjątkowe,
tam, w dolinie, w dolinie…
Nad Sanem?

Fale płoche, pyły i bańki ulotne,
rzeki nurtem po kamieniu kamień,
i świetliki w nadsańskim lesie lotne,
co wpadły w cień błota zapomnień.

Nić nici, dobrym snem pleciona,
wstęga co jak wszystko,
była długo przed nami,
i zostanie w dolinie, w dolinie…
Bardzo długo po nas.
ŁUNA ZE WSCHODU
Do przyjaciół
Wschód zapłonie paletą barw i kolorów,
jakby zaciekły malarz rozlał farbę w szale
karmazyn rozpaczy, smutku błękity i żale
turkusy złości, biel łez i strachu, czerń rozłąki,
jęku żółcie, rubinu czerwień krwi najczystsza
i już nadzieja szlachetna w błocie złotem błyska.

Wschód zapłonie na ten czas i każdy narodzie…
Drżyj! Lecz odwagą. Dysz! Swobody wspólną sprawą.

A Ty, co pokój ważniejszy od wszystkiego,
któremu historia nieszczęsna chowa przyszłość?
Spójrz w oczy wielkiej po horyzont łunie
i ujrzysz w odblasku wolności nagrodę
tobie w siebie zacięciu niedostępną:
uśmiech co najpiękniej wygląda
wraz ze śmiertelną powagą
w kąciku ust i skraju świata wspólnego.

Mówią — przyjaciel dobry to żywy.
Lecz cóż innego niż wesprzeć obrony zrywy?
Dmuchnąć w skrzydła szczęściem i odwagą,
by dalej poniósł go ku zwycięstwu archanioł!

Obiecuję wierszem z pełną siłą:
ten mrok utonie w świetle
i każda kropla krwi
wszystkie cierpień pętle
będą pamiętane
bo jak w przyjaźń wierzę
to również, że szczere ofiary
nigdy ale to nigdy
nie idą na marne.
Dziś: odwagi! Відваги!!
Jutro czas opłakiwania ofiar
w zrozumieniu i zwycięstwie.

Archaniele Michale
któryś jest w każdym niebie,
pilnuj naszych ludzi,
jak przecież obiecałeś.

Chwała bohaterom
pamięć ich ofiarom
bez wyjątków czy stron
bo nie może serce
złym rytmem bić,
a dla kruków i wron
co z błot nigdy nie wydziobią
okruchu dobra i miłości
to — won!

Przyjacielu ze wschodu!
W moim domu wieczności masz dom
i chociaż twój dziś zapłonął
to wiedz, że jest chociaż jedno serce,
poety co bije rytmem milionów, milionów,
co wiecznie pójdzie, poleci za tobą!

Prosto w ogień,
porywając świat, szczęście
i archanioła biorąc pod ręce
za drogą, prawdą i tobą.

Bądź bezpieczny,
bo łuna już płonie.
Lecz nie martw się
bo wiele mamy przed sobą
i chociaż boli gorzkie pojednanie
to zaufanie na chwilę je słodzi.

A co w tym historii ogniu?
Nic więcej, widzę tylko Przyszłość.
PIÓRO FENIKSA
Jest siła co milionów istnień i śmierci iskrzy płomieniem,
chociaż potęgą i dyszy nie-śmiertelności dziecka tchnieniem,
niewidoczna spod popiołu mitycznym — życia — stworzeniem.
Stwór, którego legenda nie ukoi nawet cierpiącej matki łzami.

Gdy spłonie dom, iskrzy tajemnica, kadzi dymem i okadza,
tylko ryknąć iskrą — jak rozwinie skrzydła i światłem omami,
co z popiołów — mimo śmierci po śmierci ostatniej — odradza,
jak nic, żywy, rozkłada skrzydła, odżywa — umiera, odradza…

Gdy świat wiruje, gdy ktoś płonie, gdy coś ginie,
gdy nie oddzieli kłamstwa mroku od prawdy nocy,
tam ptak wiecznie gorejący raz po drugim płonie,
tam niebyłe cuda nadziei w światła mocy…

Tajemnico zdradź, cóż takiego, to cud czy innego cóż?
Niebyły nigdzie a będący wszędzie… wielki duch?
Co niesie po niebie, po historii wirze i odradza znów?
To nic innego… między ludźmi, jak feniks: to Pokój.
SKĄD ZŁO W NASZYM OGRODZIE?
Każde odkrycie naukowe jest krokiem w kierunku
głębszego zrozumienia duchowych prawd.
Emanuel Swedenborg
Pamięci Czesława Miłosza
Był czas i czasy gdy mogło się wydawać:
słońce wokół ziemskiej kuli krąży
horyzont uniesiony przez żółwia i trzy słonie
mucha spontanicznie powstaje z gnijącego
wrzącą kąpielą wyleczysz cholerę i duchoty
jednemu drugi może być niewolnym.
Dzisiaj już wiemy…
(chociaż nie wszyscy wierzą)

Niesłusznie sądzić przekonanie przeszłego
pokolenia; bowiem jaką drogę musiała
wyrąbać Nauka i w jak gęstym trupie
żebyśmy mogli to i owo wiedzieć
(chociaż niektórzy wcale nie chcą),
zawsze pierwszy musiał się dowiedzieć.

Czego dzisiaj już i jeszcze nie wiemy
w co dalej teraz i wciąż wierzymy
jaka prawda objawi się kłamstwem,
a kto jutro będzie miał rację?

Nawet największy poeta nic nie odkryje,
najodważniejszy skarbu nie odnajdzie,
(ale nie każdy to przyzna).
Niektórzy mogą nazwać niewykryte
i odsłonić kosmos samym słowem.

Tacy piszą wiersze w powrotnej
drodze trasy: Atlantyda-Eldorado.
Pierwszym jest, który się pomylił,
w kolejności z tym, co zdobył jasność.

Chociaż by jeden wybitny
skąd zło w naszym ogrodzie
odkrył… Są na tym świecie
dobra i przeciw,
których nikt jeszcze nie zapragnął,
do kolejnej nocy, oby nie wyśnił…

Bo oba: zło i dobro, jeden
w tej samej — ludzkiej myśli
mają korzeń.
SONETY LEŚNE
Bo w żyjących języku niema na to głosu.
Adam Mickiewicz, Droga nad przepaścią w Czufut-Kale
SONET LEŚNY I - Przed wszystkimi

Pra-wczesne ziarno, pierwszy pęd łodyg i liści
Byle w glebę zapaść, w czymś wykiełkować,
Prawda by co piękne, nie może samo wzrosnąć,
Deszczem lat milionów, życia zielonych kiści.

I rósł las pierwszy, by chmur w dumie dorosnąć,
Jak drżał przy tym pąkiem, jak strzelał łykiem kości.
Oplatając oddechy pierwszych zieloności,
By wnętrza puszczy silne, wszelkich istot chłonąć.

Czy trzeba było dla lasu też pierwszych ludzi?
Wczesny sapiens wśród gęstwiny wybudził pomruk,
By strącić koron, ogniem i metalem brudzi…

Składał gałęzie do owocu, wtem szepcą: wróg!
Błysnąć ostrzem, ciąć i karczować, śmierci budzi,
Wybrał zniszczenia, chociaż tyle innych miał dróg…

SONET LEŚNY II - Po wszystkich

Wybrał zniszczenie, choć tyle miał innych dróg,
Długo las cierpliwie znosił, by móc odrosnąć.
Tymczasem pomógł ludzi przeznaczeniu rosnąć,
Bogini w gniewie powstała, bo przekroczył próg.

Gdy więcej drzew padało i śmierci zieleniej,
Gdy z pradawnych puszcz pozostało niewiele,
Człowiek sprawił, że zawalczyć potrafi ziele…
Lecz było za późno, czas przeminął zbyt pewnie.

Namówiła szkodnika, by sam się mógł wstrząsnąć,
Gęstwina już kryła szkło, metal, pustki pełniej,
Budziła dumę puszczy, by po ludziach wzrosnąć.

I nikt nie pamiętał w tej chwili spokojnej,
Jak drzewa w owocach miały znów rozkwitać.
Korona puszczy zaszumi — po naszym końcu.
TAJEMNICA WSZECHŚWIATA
Nie wszystko w Kosmosie zostanie odkryte.
Coś chowa się pomiędzy gwiazdami,
świeci jedynie wtedy, gdy nikt nie patrzy,
nie widzi i nie zobaczy.

Nie wszystkie tajemnice Wszechświata
pragną odsłonięcia i obcego wzroku.
Niektóre chowają się za słońcem
i odwracając widocznie jasną stronę.

Lecz była i taka jedna Planeta,
która czekała na człowieka.
Nie uciekała, nie przygasała,
trwała w ciszy materii obiegu,
jakby istniała po to, by ktoś
wreszcie spojrzał i potwierdził
pragnącą zauważenia obecność.

Tak mijały lata świetlne,
nikt nie dotykał Planety światła,
nie wąchał atomów atmosfery,
nie zachwycał się zachodem
trzech słońc nad horyzontem.

Dopiero gdy człowiek stanął na tej Planecie,
gdy pierwszy wzrok talentem wezbrał,
odpowiedzieć mogła na pytanie:
Czy warto czekać całe wieki świetlne,
by być więcej niż tajemnicą samej siebie?
Czy nie szczęśliwiej pozostać nieodkrytą?
WIECZNOŚCI…!
Jeżeli ktoś tylko potrafi,
(bo nikomu nie wolno i powinien),
rozmowy nieśmiertelnych
pod-słyszeć / podsłuchać…
To tylko poeta.

Nie żeby specjalnie, naumyślnie,
tylko grzmią czasem zbyt głośno
o sprawach, w których mówią
tylko bogowie… No i poeci.

Tak Budda naradę rozpoczął:
— Spokojnie panowie,
i panie rzecz jasna,
panika wcale nie oświeca…
Na co mu Allah odparł:
— Miłuj się i uśmiechaj,
ale pilnuj i zakazuj, nagradzaj
i pilnuj wciąż i zwłaszcza nocą
nie upilnujesz człowieka…
Maryja wciąż potakiwała
ze łzami w oczach,
otoczona wianuszkiem
Wszystkich Świętych.

Gdy z kolei do roszady błogosławionych
języków włączył się Kryszna:
— Komu manny z bananem, prosto z nieba?
Wiadomo było, że dłuższe posiedzenie
nas czeka, niż niebiańska wieczność.

Wszyscy trwożyli się, chociaż
niektórzy skromnie, inni mniej…
Jezus z Apollem przekomarzał,
Jahwe radził oferty poprawić,
Brahma, Śiwa i Wiszna
postulowali do nieba i piekła
coś jeszcze dodać.
Gdy jednak, niby przypadkiem,
Kreator cyrklem Lokiego ukłuł,
to nawet Duch Święty zwątpił,
pierwszy raz od Potopu.

Ale zaraz, o czym to sprawa?
Radzono jak sprawić i co zrobić,
żeby ludzi od Bogów AI
nie odwrócił, jak przecież odwraca,
a przy okazji kto ważniejszy z bóstw
bo ten temat zawsze,
ale to zawsze nawraca.

Zarathustra zadumał:
ani groźbą ani prośbą ani łaską
nic nie wskórasz, gdyż my niczym
wobec Wieczności, bo niejedno bóstwo
już zapomniane i bez wyznawców,
niepotrzebnie... To ona jest największa!
Tak i ta cała “Inteligęcja” też długo,
bez nas i niej wcale nie przetrwa…
Wieczności…!

I pytanie jak nie padnie,
w pół zdania rwąc mędrca:
— Ale zaraz, a czego to bogiem
jest ten tam, blady kolega?

Gdy mnie już prawie i niemal nakryli,
na tanatosowej zbrodni, na szczęście
samolot tanich linii niebem przeleciał
i całe podejrzane towarzystwo rozgonił.
ARCHIPELAG
Nie miał pewien więcej dobra
niż rzecz druga, ta pogodna
druga wyspa, w wodach wolna
skalna wyjątkowość wodna.

Archipelag! Wciąż przed nami
sercem w myśli nie rozumną
skąd ta złuda żeśmy samotnymi
w mrokach płachtą nieprzebraną?

Człowiek to nie wyspa, jedna
na środkach burz i oceanów
nie samotna, nie rzecz sama
nie zlepiona z pustych marów.

Archipelag! Jeden bez przerwy
nie jest sam w tych plażach nędzy
krzyczą w nerwach mewy
że nigdy jeden, zawsze między.
DEMON POD DRZEWEM AKACJI
Co było – co jest – cóż będzie...
Nieważne, gdy świat wiruje w czasu pędzie!
Gdy zmęczon od kręconych kroków przez pustkowia
napotkałem akację pełną życia cienia i ciszy mrowia
– usiadłem pod drzewem tym by odetchnąć.

Co będzie – cóż jest a kto był i co było,
tyle się w historii świata i każdego dnia wydarzyło,
że nie zliczysz wspomnień i idei większych czy mniejszych
chociażbyś był pod akacją najbardziej z zadumanych...
– ktoś po stronie drugiej konara miał nagle odkaszlnąć.

Cóż to! Kto to i czemuż nie widzę w cieniu
– krzyczę w niemałym a ogromnym zdumieniu
wtem słyszę nie pomruk, kasłanie tylko całe to zdanie:
Jam demon człowieczy a tyś człowiekiem,
połóż się przy mnie, mój pień jest twoim oparciem.

Troszkę zdziwiony poderwałem się spod akacji korony
patrzę a tam rzeczywiście – niech to wszystko świśnie!
Odleciały z gałęzi kłębiące się wcześniej sroki i wrony
krzycząc jedną gardzielą w lotu pędzie: co ma być to będzie!
Co nie miało wcale być to jeszcze wiele razy się stanie!

Patrzę więc na demona jak leży na boku brunatnie prawym
i myślę jak tu nie przestać być wolnym i prawdziwym...
Gdym chwilę jedną chciał odpocząć w cieniu akacji
zrozumieć mi przyszło, że nic innego nie było i nie będzie
a brunatny pewnie nigdy nie zniknie w do przyszłości pędzie.
HEJNAŁ ASTRONAUTY
Pomiędzy mną a Ziemią
nie wędrują często karawany
gdy patrzę w okna zaklęte
nim zabiją fanfary
podboju kosmosu
i wszech
rzeczy świata i też
jeszcze
radośniej załopocze
ta ziemska drzazga
jakaś tam flaga
wytarta, błyszcząca,
wydarta
Zachodu warta
a tam i tu, nas znów
Paryż, Mars więc Krym
niechcący
znów oni tu
lecą..
JEDEN WYSTARCZY DO OTWARCIA BRAMY
Nie jest tajemnicą, że układamy świat po swojemu, 
każdy jeden gest, słowo, smutek i rozczarowanie
przeżywamy sami lecz pędzimy w wagony wspólnie
cudzych, innych, tamtych – każdemu w strachu.

A czemu? Cóż ten brunat tak okrutny
czemu te miliony zdusił, spalił, męczył, pomordował
czemu sny piękne zamykając szczęścia przerwał
na litość, czemu jest pogodniejszy od tego co otwiera?

Brama. Każda kiedyś będzie musiała się otworzyć,
żadna przecież na wieczność nie pozostaje zamknięta
należy wiedzieć i wierzyć w serce człowieka
nie ustawać w dążeniach, o tym samym marzyć.

Do otwarcia wystarczy jeden co klucz przekręca
ukazując niebo do wyzwolenia, w uśmiechu wolności
wyglądając do drugiego szacunku i miłości
sympatii i zrozumienia. Cóż jeszcze będzie?

Jak gdy stali plemion ojcowie na rozstaju
jeszcze pożary niczego nie trawią
jeszcze zwątpimy, z pewnością – mówią:
wybaczmy już teraz Panu.

Przecież w głębi serca wiemy
jak otwierać bramy
zanim się zatrzasną.
KAŻDA FALA – OSTATNIĄ PRZED PORTEM
Z okazji każdej jednej fali; wszelkiej łodzi pierwszej
i ostatniej grzywy lwiej, pienisto-białej, przed portem
bezpiecznym lecz odległym – na szczęście – !
Uderza jedna po drugiej
nigdy więcej, ni mniej
niż wszystkie kolejne naraz
niż ten syk, ten suw
piaskowy wciąż i znów
otóż… następna wali!

Sekunda czy kilka po ostatniej i pierwszej
podobno na zawsze – wszelkiej nawale,
niosą łzy morskie, słone krople
obietnicę latarni i błysk iglicy z oddali.
Gdzież tam, bezpieczne, miło, przyjemne
gdzie przystanie szczęśliwe.

Iść w topiel? Wejść w tajemne bałwany?
Popłynąć? Jak wiele może spotkać,
a jak wiele ominąć gdy zamiast
rzucić się w morze – liczy marynarz,
że fale same przyjdą.

Pozostawia na kruchym piasku znak czasu,
że nie wiemy tak bardzo jak chcemy:
kto następną gna? I – na Lewiatana – jak?
KAMIEŃ PODRÓŻNY
Przysiadłem na kamieniu
i przeszedł jegomość.
Tak – mówiąc od razu –
był to sam Jezus.
Nie spojrzał nawet
za moją machającą nogą...
(kostkę mam ładną, nie powiem)

Lecz widziałem, że zwolnił
troszkę szedł jakby krócej
po tym jak minął mój kamień
wyraźnie zwątpił.

Chodź ze mną, Jezu,
chodź i spójrz jak ja widzę.
Tu płonie, tam kwitnie. – Nie chcę – powiedział
i dalej w sandałach swych poszedł.

A czego tak nie chcesz?
Krzyknąłem tuż za nim
Odwrócił się i szeptem:
Ja lubię jak ludzie
idą przez mękę sami.

I płoną te kraje, za którymi płakałem
gdy przechodził tuż obok
i kwitną te kwiaty,
które nikogo (ale to nikogo)
i nigdzie nie obchodzą.

Mówcie co chcecie
lecz nieczęsto życie człowiecze
pozwala
krzyczeć za Zbawicielem.

Na kamieniu więc szybko wyryłem
(na pamiątkę, ku innych podróżnych rozterce):
follow me jesus
i sam w dal poszedłem.
MYSZ I WSZECHŚWIAT
Po okaz przybyli przybysze gwiezdni
po mysz na łące co nieopodal drży
stogów, by wkraść się po ziarno.
By mysz między gwiazdy!

Odległe przebyli drogi nieme prądów
i nurtów pustkowi gwiezdnych
po zwierzę by zbadać drżenie
widzieli je w swoich rentgenach
podczerwieni, bicie serca
zrozumieć i poznać.

Po mysz by ją zamknąć w obcego
rodzaju słoikach, opisanych
w gwiezdnych językach.

Kruszynka tak ze stogów wyrwana
nie miała lekko w gwiazdach,
okrutnie zwierzątko pocięli
wlepiając w nie obce ślepia.
Tak biedna a doznała
wniebowzięcia...

Jaki stąd wniosek i jaka nauka?
Serce by poznać należy
jego bicie przerwać
a gwiazdy lepiej letnim
uśmiechem rozdmuchać.

To Wszechświat.
NA ŚMIERĆ ALEPPO
Na głuchy trzask i na twardą dłoń,
ułożoną w pięść.
Na wznak! Na tytułach gazet
na ludzkich ni-sercach
i nie na myślach.

Na ciekawość!
Na chciwość i zachłanność.
Aleppo płonie
jak płonęły tysiące Aleppo
i tysiące jeszcze spłonie.
ODA DO WOLNOŚCI
Wolności niedościgła
bez koloru twe skrzydła
– nieuchwytna!

I chciałbyś rzec więcej
lecz zamiera w udręce serce
widząc tych co śpiewali wcześniej…

W więzieniach, stłoczonych w wagonach,
obozach, znikomie milczących i ulotnych
nie mogących po prostu żyć bez wolności.

Za murami wspomnień, gett cegłą ciemną
i Aleppo dzielnic, które nadejdą
– niech żyje wolność!

W szumiących wodach i oczach
w ludzkich sercach czy cyfrach
myśli swobodna.
OFIARY WOJEN DOMOWYCH
Och! Jeszcze wciąż myślę o tych
wszystkich łapach, nosach
i skrzydłach
ofiarach krwawych wojen
domowych kotkach, pieskach...
i rybkach.
Żegnaj, żegnaj!
PAMIĘCI OKRUSZKIKÓW ŻAŁOBNY (KRÓTKI) RAPSOD
Okruszniku, jest mi przykro,
że w Krakowie tak wynikło
Ale przyznaj sam – wiedziałeś/aś,
że brudzisz/kruszysz/zanieczyszczasz
gołębie tuczyłżeś
z drugiego skrzydła.
POETKA
NEGATYW
Śniła mi się Poetka
– jak mówili –
wcale nie była nadzwyczajna
(trochę zgarbiona, postawa szkaradna)
taka normalna, układna
a złośliwa jak diabli.

Mówiła prosto
– wariactwo –
bierz się do roboty
bo nie z lenistwa i przebiegłości
biorą się górne loty
i wiersze głębokie
lecz dolarów i złota.

Piliśmy, przekąszaliśmy
aż zobaczyłem (posmakowałem senny),
że wcinam skały.
Owoców morza? Zapytała poetka.

Z nich tylko perły – odpowiedziałem Poetce.
Lepiej, tak trzymaj
innej rady na poezję nie ma.

POZYTYW
Pani Szymborska – ja Panią
strasznie przepraszam,
że do tego snu tak ciągle wracam.
Pani jak nikt zrozumiałaby:
cóż my możemy zrobić na sny?

Skoro jest wywołany już
duch
i wciąż wracam do tego snu
to mam jeszcze jedno pytanie
w szacunku
spirytyzmu zadane.

Wiem, że nikt mi inny nie powie:
Czy na cmentarz wypada
z czworonogiem?
brama cmentarza Rakowickiego, Kraków
PRZECIEŻ KWIATY
Często kolejny dzień nie zaskakując
gałęzi się - na myśli jest kwestia: rozrasta
czasem dobrem, częściej pięknem.

Kwitnące kwiaty
przypominają poetom, że - próbowano, to było -
poeci
nie powinni mieć trzech rzeczy
myszy, psów i dzieci.

A inni:
mogą wszystko, byle kwiaty w ich cieniu...
... przecież zawsze kwitną.
PRZYBYSZE
A gdyby tylko tak po jeden,
jedyny i tylko - nic więcej…
kamień miała zjawić się
cywilizacja inna, wtargnięta
obca z świetlnych bezdroży
błądząca przez czas i gwiazdy?

W ziemskie sfery sosnowe
po jeden, jedyny by zbadać
jak u nas jest, jaki atom a skład
– tak z ciekawości – po prostu;
świata z oddali, w poszukiwaniu
badawczych, naturalnych każdemu
życiu granic.

Gdyby tak tylko to…
a nie od razu porwania
najazdy, lasery wrogie
kładzione miliony, burzone miasta
wojny, brunatne upiory, rozbite
rodziny nieszczęsne klejnoty
Pandory oraz państwa
pod kosmicznym spodkiem
okropności drzemiące w nas,
u których kamieni ziemskich
pod dostatkiem i prawie
nikogo nie ciekawią.
SERCE DAWIDA
Gdy szedł Dawid na przeznaczenie, na Goliata
nie myślał nic, wiedział zaś, że tu śmierć i jej żal,
paść w bój; dać się pokonać,
pójść w grób i zapomnienie
w przepaść i odejść
— to nie koniec świata —
to kolejne tylko
od miłości natchnienie.

Bój.

(chwilę wcześniej):

DAWID:
Cóż się Goliat w ten kwiat tak wpatruje?

GOLIAT:
Ja tak właściwie tę różę niosłem dla Goliata.
(wręcza)

DAWID:
Czemuż? Nie rozumiem?
(dar odrzuca napinając mięśnie)

GOLIAT:
By zdobyć serce…

Tak stał więc Dawid twarzą w twarz z Goliatem.
Myślał więc czy to już żegnać się ze światem.
Bez codziennych smutków dnia,
nocnych łez uniesień
w oczach potwora, tytana, rycerza
rozstań bukietów nie rozkwitłych
tylko z myślą, że nigdy.
Nie warto by i tak!

A chodźbyś miał i z tysiąc biec lat
nie przejdziesz świata bez boleści
widząc, że nie zakwitł kolejny kwiat -

—— —— tego bólu nawet Dawida serce nie pomieści
więc po wszystkim, gdy Goliat padł
samo również pękło.
SERCE NORWIDA
Nawołując: Ciesz się późny wnuku!...
Jękły głuche kamienie -
Ideał sięgnął bruku
- - C.K.N.
I
Narodowi co myli przeczuciem
Wieszczy, poetów i bardów
W podziękowaniu za pyły i cienie
Całej reszty zbłąkanych dusz
z mogiły zbiorowej w Montmorency
Złożone przy okazji – lecz tylko
Pochówku na Wzgórzu
Wieszcza i szczątku Norwida.

II
Gdzieś musi być w tym prochu statecznym
Serce poety, w brudzie i pyle
W grudzie urny z piaskiem i ziemią
Zmieszane atomem pękniętym
Mogiły komunalnej, zbiorowej
Ten jeden oddech
W milionach
Bije twe serce, Norwidzie
Dławiąc się błotem i zapomnieniem
Czy wiedziałeś,
że pociągniesz za sobą te wszystkie
Dusze i ognie
Cienie, odległe blaski, rozbłyski i iskry

III
Stęknęły martwe marmury
-- Bruk sięgnął ideału -- --
Poczywając-że u piedestału
W chwale Narodu
Pamiętliwemu-li-nic
Nieszczęściem
Odległym i niemym.
TYTUŁEM: NĘDZNICY
Gdy nie możemy oderwać się od bruku
słyszeć milknących szmerów
alei, ulic, dróg i zaułków
nie widzieć malejących dachów miast
mniejszych, większych, farciarze: stolicy
– jesteśmy nieszczęśliwi.

Mały stragan, skromny kramik
ekonomię mają za nic.
Tutaj marzną, tam pochlipią.
Gdy nadchodzi klient
smutki milkną.

Tak drepcząc-lecąc w górę,
tu się uda
tam nadzieja
jezusmaria
ta nieliczna w roku
handlowa niedziela.
Chiche żale, smutny żywot
wódki wyziew, rozczarowań stos
tak podły jest handlarza los.

Lecz gdy tylko – lecąc w górę
zatrzymamy się na krótką chwilę
per aspera
zmienia ostrze rzeczy stając się
ad astra zapowiedzią.

Tak z tej góry, z tej oddali
my kochamy nasze kramy.
Z chmur tak pięknie wszystko widać
cały handel, pokup
„jest nadzieja” – szepce Rita Święta
(ta od róży kwitnięć w śniegu)
a siedząca na kolanach tejże damy
dziewczyneczka zapałczana
pokazuje jej paluszkiem:
Spójrz, ten się stara nadzwyczajnie
daj mu szczęście! Wznieś do góry!
Niech z oddali spojrzy w miasta doły
niech zrozumie
jakie szczęście
być nędznikiem
nosząc w sercu
serce bruku
miejskie.

Święta Rita uśmiechnięta
szepcząc w odpowiedzi:
Temu to akurat skurwielowi
nic już więcej nie dam.
WSTĘP WZBRONIONY
Łąka. Skraj lasu.
Spójrz – kwiaty.
Jednodniowe maki codziennie nowe
rozchylają delikatne płatki starannie
jutro się wyczerpią, pojutrze
dziś miedziane pąków mrowie
póki co padają jednostajnie
kruche w czasie i chwilowe
maki i inne.

Łąka wyśniona – puszcza pradawna
– u samego skraju.
Spójrz na piękne kwiaty
piękniejsze nawet dla pszczół.
Są i motyle i żuczki przeróżne.
Cudownie rozkwitają chabry,
skromne stokrotki i uśmiechnięte tulipany
schowane w trawach
jeden pod drugim
pąki snując sekundy kwitną
kroplą rosy.

Nagle słowik nadleciał
już rozgrzewa dziubka
zdaje się strapiony
już opowie kogo spotkał
co się działo, cóż widział
tam gdzie – n i e – ł ą k a!

Słowik bajkę by zaćwierkał
lecz spłoszył go dźwięk buldożera.

WSTĘP WZBRONIONY
– wycinka lasu –
ZŁA KRÓLOWA I FIOLETOWA KREDKA
W pewnej krainie, gdzie słońce tak pięknie świeci,
było królestwo, gdzie jak w każdym - mieszkały dzieci!
Do czasu, gdy wypadki królowej w tej bajce przedstawione
nie zmieniły wszystkiego i o tym historia właśnie opowie…

Królestwo, jak każde, miało lasy i góry, siedem wzgórz północnych i południowych
i pałac piękny, z tysiącem komnat i zakamarków stajennych,
z kuchniami wieloma, sal do gier i zabaw setkami, czerwonymi dywanami,
a w pokoju tronowym zasiadała pewna królowa, z niestety złymi zamiarami…

Gdy lud prosty i ten trudny z królestwa bajkowego miał jakiś problem
nie mógł liczyć na to, że królowa go rozwiąże!
Skarga mogła tylko przerodzić się w kolejnych kłopotów dodawanie.
Gdy ktoś chciał poradzić się lub wyżalić, nie spotykał w pałacu ze zrozumieniem.

Królowa najchętniej przeglądała się w lustrze, jak to z takimi bywa.
Nigdy nie miała czasu dla swojego ludu, któremu w smutku czas upływał,
bo niedoglądany, niekochany i nieszanowany przez swoich władców
marnieje jak te kwiaty niepodlewane ani od czasu do czasu.

Przyznać jednak należy, że o ile ludzie - w tym dzieci z królestwa -
marnie odziani, jej suknie dworskie sprawiały całkiem spore wrażenie,
w purpurze, zieleni głębokiej, rękawiczek kolor marchewkowy, a kapotka złota.
Wtem dostała od krawcowej fioletowy kapelusik z kokardą na tasiemce…

Przymierza, do włosów i szala przykłada, prawie na głowę nie zakłada,
coś kręci nosem, kolor nieładny, taki banalny, coś się królowej nie podoba
i wcale do twarzy nie odpowiada i nagle jak nie ciśnie w kąt
kapelusza i jak nie krzyknie:
– Fioletowy kolor od dziś ma być zakazany i to w całym królestwie!

Zadrżały pałacowe mury…
Rozbiegli się w poskokach dworzanie jak żaby czy kangury,
każdy do swojej skoczył garderoby - by pochować kolor fioletowy!
Nagle w ogniskach w całym królestwie zaczęło płonąć fioletowe odzienie,
lecz z królowej rozkazu jasnego trzeba było dokonać zniszczenia wszystkiego fioletowego!
Do ogni i pieców leciały fiołki i niektóre stokrotki, śliwki i bakłażany, fioletowe główki tulipanie…
Królowa przecież jasno przykazała wszystkiego takiego zniszczenie!
Odleciały z królestwa na wszelki wypadek niemal wszystkie kolorowe ptaki…
Wtem rozwarły się pałacu odrzwia, przez fosę murowaną przeszły straże w armii,
poszukiwać wszystkiego co fioletowe, by rozkaz królowej w pełni spełnić.
Zaraz za bramą zobaczyli dzieci i kolorowe kredki.

Stanęli naprzeciw wojaki i dzieci z kredkami w swych dłoniach.
– Zabraliście nam fiołki, fioletowe kokardki i nawet niektóre stokrotki,
po całym królestwie rozbuchane stosy ubrań płoną, a przecież dobrych!
To szaleństwo musi się skończyć! Dzieci, kredki fioletowe do broni!
I tak tłum dzieci ze wszystkich zakątków królestwa
dokonał takiego jak nikt nie widział męstwa czy żeństwa w historii.
Wpadli do pałacu przy zgodzie armistów, nie chcących uczestniczyć w tych szaleństwach.
Królowa już dużo nie miała do gadania, bo dziesiątek dzieci we wszystkich kolorach
na fioletowo koronę jej pokolorował!
Po tej historii całej królowa trochę zmądrzała
i pamiętając, że dzieci jest więcej… dużo rozsądniej
pod swoją fioletową koroną się zachowywała.

Morał z tej bajki jest prosty i powszechnie znany:
Nie bójcie się chcieć malować wszystkimi kolorami!


3 odpowiedzi na “liryka”

  1. Awatar Elżbieta Wiącek
    Elżbieta Wiącek

    Misterne sklepienia i ornamenty ze słów oraz materiał ilustracyjny w formie witrażu sprawia, że wchodząc na tę stronę mam wrażenie, że wchodzę do sanktuarium poezji…

    Polubienie

  2. Awatar Agnieszka
    Agnieszka

    „Kamień podróżny” – ciekawy wiersz, inny. W formie narracyjnej, trochę opisowy, ale nie przegadany. Z morałem i sensem. Taka gorzko-słodko nauka życia… Chyba każdy z nas powinien znaleźć taki kamień (refleksję) i podążyć za tym, co wynika z wiary. Niekoniecznie religijnej, ale takiej, która nadaje celowość.

    „Follow me Jesus” zaznaczyłam sobie fiszką we własnym egzemplarzu:) Czasem do mnie wraca. Myśl, słowo i wiara…

    Polubienie

  3. Awatar Agnieszka Walczak
    Agnieszka Walczak

    „Mysz i wszechświat” – koniec wiersza przewrotny…. Aż mi się żal tej myszy zrobiło.

    Polubienie

Dodaj komentarz

© Marcin S. Gołąbek