liryka

ARCHIPELAG

Nie miał pewien więcej dobra
niż rzecz druga, ta pogodna
druga wyspa, w wodach wolna
skalna wyjątkowość wodna.

Archipelag! Wciąż przed nami
sercem w myśli nie rozumną
skąd ta złuda żeśmy samotnymi
w mrokach płachtą nieprzebraną?

Człowiek to nie wyspa, jedna
na środkach burz i oceanów
nie samotna, nie rzecz sama
nie zlepiona z pustych marów.

Archipelag! Jeden bez przerwy
nie jest sam w tych plażach nędzy
krzyczą w nerwach mewy
że nigdy jeden, zawsze między.

DOLINA SANU

Nić po następnej i nicią wstęga pleciona,
kolejne fale, jak myśli wspomniane,
każda rzecz co jest, była kiedyś wyśniona.

Doliną, gdzie wzeszło słońce,
promieniem gdy słowa drobne,
budząc dopiero z czasem pogodne,
fale senne, a życiem wciąż lśniące.

Gdy przy brzegu błysk przetnę,
wspomnień szczęśliwą wstęgę,
w końcu odpowiem:
czy warto na świat przyjść,
gdzie inni pewnym krokiem,
gdy nic i nikt jak wszystko,
jeszcze bardziej wyjątkowe,
tam, w dolinie, w dolinie…
Nad Sanem?

Fale płoche, pyły i bańki ulotne,
rzeki nurtem po kamieniu kamień,
i świetliki w nadsańskim lesie lotne,
co wpadły w cień błota zapomnień.

Nić nici, dobrym snem pleciona,
wstęga co jak wszystko,
była długo przed nami,
i zostanie w dolinie, w dolinie…
Bardzo długo po nas.

BALLADA O KARPACKIM PASTERZU

Dawno temu w mglistych wzgórzach,
w chmurach głębokich, karpackich dolinach,
żył pasterz, co burzy się żadnej nie bał,
od mrozu nie marzł i od słońca nie mdlał,
a bywały dni, że wiatr był mu strawą,
a owce gonił najsłodszą trawą.

Z jakiej zszedł góry, spod której wichury,
takie szeptał imię lud po wsiach i mieścinach:
dla jednych był Iwan, dla drugich był Janem,
gdzie indziej to Janko, tam znów Janosem,
Jovan lub Janis, a czasem Jaśko,
Hans, Jonek czy znów Iwanko.

Pasterzu, gdzie tak idziesz,
wśród potulnych swoich owiec?
Słowa nam nie powiesz?
Uważaj, byś nie zapomniał, żeś człowiek!

Gdy zmęczony był i nogi nieść nie chciały,
kładł się pośród stada, we mchu i wśród skały.
Życie mijało mu w ciszy spokojnej,
a góry pachniały mgłą kropli porannej,
rosą, co srebrem kłosy trawy oplata,
i złotem ze wschodzącego światła.

Pasterzu, gdzie tak prowadzisz
oswojone te owce?
We wsi mamy święto,
daj jedno bydlę, ucztuj z nami,
uważaj, byś nie zapomniał, żeś człowiek!

On nigdy nic nie mówił nikomu,
odchodził w góry, do samotnego domu.
Lecz w myślach powtarzał w ciszy doliny:
„Jadam z owcami, a nie z wilkami” —
i znów uciekał w hal czy wzgórz cień miły,
w których go strzegły wiatr, mgła i skały.

Aż pewnego dnia, na wysokiej połoninie,
zobaczył jak się wtem w niebie ogień rozpłynie,
uskrzydloną postać, ogromną, świetlistą,
co z wężem walczyła w skałach o przystań.
Nie wiedząc, że Michał Archanioł to święty,
chwycił głaz, wzniósł ręce jak najświętszy,
i diabła, co chciał anielskiego męża powalić,
kamieniem ciężkim sam potrafił obalić.

Anioł rzekł: „Za ratunek od zła i bez wątpienia
Karpaty skrzydłem okryję do spełnienia.
i piękno ich nigdy już nie przeminie,
i kto przybędzie góry zbrojnie zdobywać,
ten się zgubi i nie zdoła ich pokonać,
a woda pieśni poniesie w każdej dolinie,
a z tych szczytów do nieba najbliżej zostanie”

Lecz diabeł, w pamięci czarnej i zawistnej,
klątwę dorzucił w ucieczce ułomnej:
„Góry zostaną jak archanioł przykazał 
ale przeminą pasterze, zasną w jaskiniach,
jednych wywiozą w bydlęcych wozach,
inni zginą z chorób, zła i błota,
innych przepędzi złych ludzi martwota,
bo dobrzy nigdy innych nie pędzą,
a wielu zginie, o których zapomną,
ach pożałujesz pasterzu, żeś pomógł…”

I w jednym ludzie rację mieli wreszcie
bo zapomniał pasterz, że był człowiekiem…
I po dziś dzień owce prowadzi w doliny,
po wzgórzach karpackich, w mgły połoniny.
Od zawsze i na zawsze w ciszy zostanie,
ze stadem swym w szczęściach, na słodkiej trawie,
a woda wciąż śpiewa ballady w strumykach,
a z naszych połonin najbliżej do nieba…

KAŻDA FALA – OSTATNIĄ PRZED PORTEM

Z okazji każdej jednej fali; wszelkiej łodzi pierwszej

i ostatniej grzywy lwiej, pienisto-białej, przed portem

bezpiecznym lecz odległym – na szczęście – !

Uderza jedna po drugiej

nigdy więcej, ni mniej

niż wszystkie kolejne naraz

niż ten syk, ten suw

piaskowy wciąż i znów

otóż… następna wali! 

Sekunda czy kilka po ostatniej i pierwszej 

podobno na zawsze – wszelkiej nawale, 

niosą łzy morskie, słone krople 

obietnicę latarni i błysk iglicy z oddali. 

Gdzież tam, bezpieczne, miło, przyjemne

gdzie przystanie szczęśliwe.

Iść w topiel? Wejść w tajemne bałwany? 

Popłynąć? Jak wiele może spotkać,

a jak wiele ominąć gdy zamiast

rzucić się w morze – liczy marynarz,

że fale same przyjdą.

Pozostawia na kruchym piasku znak czasu,

że nie wiemy tak bardzo jak chcemy:

kto następną gna? I – na Lewiatana – jak?

KAŻDA FALA – OSTATNIĄ PRZED PORTEM

Z okazji każdej jednej fali; wszelkiej łodzi pierwszej
i ostatniej grzywy lwiej, pienisto-białej, przed portem
bezpiecznym lecz odległym – na szczęście – !

Uderza jedna po drugiej
nigdy więcej, ni mniej
niż wszystkie kolejne naraz
niż ten syk, ten suw
piaskowy wciąż i znów
otóż… następna wali!

Sekunda czy kilka po ostatniej i pierwszej
podobno na zawsze – wszelkiej nawale,
niosą łzy morskie, słone krople
obietnicę latarni i błysk iglicy z oddali.
Gdzież tam, bezpieczne, miło, przyjemne
gdzie przystanie szczęśliwe.

Iść w topiel? Wejść w tajemne bałwany?
Popłynąć? Jak wiele może spotkać,
a jak wiele ominąć gdy zamiast
rzucić się w morze – liczy marynarz,
że fale same przyjdą.

Pozostawia na kruchym piasku znak czasu,
że nie wiemy tak bardzo jak chcemy:
kto następną gna? I – na Lewiatana – jak?

SERCE DAWIDA

Gdy szedł Dawid na przeznaczenie, na Goliata
nie myślał nic, wiedział zaś, że tu śmierć i jej żal,
paść w bój; dać się pokonać,
pójść w grób i zapomnienie
w przepaść i odejść

— to nie koniec świata —
to kolejne tylko
od miłości natchnienie.

Bój.

(chwilę wcześniej):

DAWID:
Cóż się Goliat w ten kwiat tak wpatruje?

GOLIAT:
Ja tak właściwie tę różę niosłem dla Goliata.
(wręcza)

DAWID:
Czemuż? Nie rozumiem?
(dar odrzuca napinając mięśnie)

GOLIAT:
By zdobyć serce…

Tak stał więc Dawid twarzą w twarz z Goliatem.
Myślał więc czy to już żegnać się ze światem.
Bez codziennych smutków dnia,
nocnych łez uniesień
w oczach potwora, tytana, rycerza
rozstań bukietów nie rozkwitłych
tylko z myślą, że nigdy.
Nie warto by i tak!

A chodźbyś miał i z tysiąc biec lat
nie przejdziesz świata bez boleści
widząc, że nie zakwitł kolejny kwiat –

—— —— tego bólu nawet Dawida serce nie pomieści
więc po wszystkim, gdy Goliat padł
samo również pękło.

© Marcin S. Gołąbek