– Zawsze mi zazdrościłaś! – syknęła jedna z bliźniaczek przez zęby. Powietrze, popychane przez język i formujące szeleszczące głoski, wydobyło się jednak zbyt gwałtownie, by jej słowa można było uznać za początek spokojnej rozmowy podczas wspólnej wycieczki samochodem.
– Nigdy i niczego nie zazdrościłam – odpowiedziała druga chłodno, choć policzki nabiegły jej krwią, a twarz poczerwieniała. Spojrzała przez okno i sięgnęła, by je uchylić, ale gdy w ciemności dostrzegła mijane przydrożne słupki odmierzające dystans, poczuła mdłości. Rozkołysane w żołądku płyny tylko potwierdzały, że siostra przyspieszyła.
– Wiedziałam, że to powiesz – rzuciła pierwsza, jakby do siebie. Odwróciła głowę, zerkając w lusterko, potem na pobocze, sprawiając wrażenie, że czegoś wypatruje. Jednocześnie mocniej zacisnęła palce na kierownicy. – Nic w tej czarnej dziurze nie widać, a ty mnie jeszcze rozpraszasz.
Na twarzach obu pojawiły się już rumieńce złości. Tak właśnie ich ciała reagowały na siebie nawzajem. Pomimo że kochały się – jak to siostry – nie potrafiły ze sobą rozmawiać. Trudno było im nawet przebywać razem, a już zwłaszcza w ciasnej przestrzeni kabiny srebrnego mercedesa.
– A ja wiedziałam, że wiedziałaś, że to powiem… Zresztą patrz na drogę, a nie się zaczepiasz! Całe życie do mnie dywagujesz! – odparła druga i zamilkła, lecz gdyby ktoś ją zapytał, sama nie potrafiłaby wyjaśnić, co właściwie miała na myśli.
Zawsze szczególnie uważała na dobór słów w obecności siostry, sięgając po te, które wydawały się mądrzejsze, chociaż nie zawsze faktycznie takie były. Obie miały podobny poziom inteligencji i zasób językowy, lecz Helena, absolwentka liceum ogólnokształcącego w małej miejscowości, odczuwała presję, by mówić bardziej wyszukanym językiem. Chciała w ten sposób dorównać Adriannie, siostrze z trzema kierunkami studiów, w tym dwoma inżynieryjnymi, i kilkoma patentami naukowymi na koncie.
Rzeczywiście — droga była niebezpieczna. Z obu stron otoczona gęstym lasem, wznosiła się i opadała zgodnie z rytmem wzgórz, wijąc się krętymi serpentynami. Mrok górskiej puszczy był tak głęboki, że nawet światła reflektorów nie potrafiły go przebić. Z lasu wyłaniała się ciężka mgła, powoli pełzająca na jezdnię, przez co pnie drzew, rozświetlone w mlecznej poświacie, wyglądały niczym czarne kły.
Ruch na tej szosie był znikomy; z rzadka mijały je pojedyncze samochody z ludźmi zmierzającymi w rodzinne strony więc takie, w które mało kto zapuszcza się dobrowolnie. Chyba że naprawdę musi.
W przypadku sióstr powodem wspólnej wyprawy były kwestie spadkowe, ten rodzaj spraw, który jak mało co potrafi przywrócić kontakt w rodzinie, nawet po latach milczenia. Oczywiście z wyłączeniem osoby, po której testament jest właśnie dzielony.
Helena zerknęła na ekran telefonu, a odbite od niego światło zatańczyło na przedniej szybie.
— Przestań grzebać w tym telefonie, rozpraszasz mnie! Jak mam prowadzić, kiedy świecisz mi po oczach?! — warknęła Adrianna.
Poirytowana wsunęła telefon do ogromnej torebki z gniewnym szarpnięciem. Gdy torba otarła się o ramię prowadzącej siostry, sprowokowała kolejne słowa upomnienia.
— I w torebce przestań gmerać, bo zaraz się przez ciebie rozbijemy! — syknęła Adrianna.
— Patrz na drogę, a nie w moją torebkę. To się nie rozbijemy — odburknęła pogodniej, po czym z irytacją cisnęła torbę na tylne siedzenie.
— Ja wiem, z czego tak się ucieszyłaś… Gdybyśmy się rozbiły, puściłabyś to na live i miałabyś świetne zasięgi. Wszystko u ciebie kręci się wokół zasięgów. To już dawno uzależnienie.
— Jedziesz jak wariatka, po prostu zwolnij.
— Może i jadę jak wariatka, ale to ty nią jesteś! — warknęła Adrianna.
— Jakbyśmy miały mieć wypadek, to i tak nie puszczę tego na lajwusia. Wiesz dlaczego? Bo po pierwszym uderzeniu transmisja i tak by się wywaliła. A przecież nie wolno przerywać live’a…
— Za co… Siostra influencerka… Za co, ja się pytam…
— Ja przynajmniej nie siedzę od rana do nocy nad metalowymi szkieletami z bandą piwnych opijusów. Przecież mówiłam ci już, że te całe inżyniery mają na ciebie zły wpływ!
— To są naukowcy, egzoszkielety i przyszłość ludzkości, głupia krowo! Nawet gdybyś chciała, i tak nie zrozumiesz paradoksu statku. A ja z tym pracuję codziennie.
Chociaż siostry były do siebie nie tyle podobne, ile wręcz zewnętrznie identyczne, różniły się diametralnie, a każda z nich od zawsze robiła wiele, by podkreślić swoją odmienność. Źródłem zadry mogło być rodzicielskie wychowanie, które zamiast dostrzegać wyjątkowość, z uporem równało je ze sobą. Były przecież tak podobne, że nawet rodzice nie zawsze je rozróżniali, dla ułatwienia nazywając nie Heleną i Adrianną, lecz zbiorczo Helladą.
Były więc takie same, chociaż ubierały się zupełnie inaczej. Jedna malowała się mocniej, druga subtelniej. Jedna zawsze wystrojona: w krótkich spódniczkach, narzuconych futerkach i wysokich szpilkach; druga zaś lekko, sportowo, praktycznie i wygodnie. Łączyły je blond włosy o niemal identycznej długości, jakby żadna nie chciała ustąpić i zmienić fryzury, przekonana, że to ta druga powinna się odróżnić.
Helena pracowała w międzynarodowej korporacji, jednej z tych firm technologicznych, w których nawet sami pracownicy nie do końca rozumieją stopień zaawansowania i rzeczywiste zastosowanie projektów, nad którymi pracują. Ona jednak odnajdywała się w swojej pracowni-laboratorium, gdzie wraz z zespołem równie zaangażowanych magistrów inżynierów rozwijała nowoczesne dziedziny mechaniki: inżynierię biomechaniczną, mechatroniczną robotykę oraz bionikę.
Egzoszkielety to urządzenia zakładane na ciało w celu zwiększenia możliwości motorycznych człowieka. Pozwalają podnosić większe ciężary, pracować szybciej i precyzyjniej, niemal bez wysiłku. Sprawiając, że idea transhumanizmu przestaje być teorią, a staje się codziennością.
Prowadziła spokojne życie i naprawdę lubiła swoją pracę. Kochała męża oraz czteroletniego synka. Właściwie jedyne chwile, w których się irytowała — poza tymi spędzonymi z siostrą — to te, gdy brano ją za drugą z bliźniaczek. A zdarzało się to często, bo to Helena była jedną z najbardziej rozpoznawalnych influencerek w kraju. Pokazywała się w telewizji śniadaniowej, komentowała z czerwonych dywanów, brała nawet udział w walkach MMA. A jednak nigdy, ale to nigdy, nikt na ulicy nie pomylił jej z Adrianną. Mimo że były identyczne.
Nie przepadały za sobą, lecz łączyła je szczególna więź bliźniaczek. Od dzieciństwa, gdy jedna się uderzyła, druga czuła ból. Kończyły za siebie zdania, najczęściej wiedziały, co ta druga myśli. Gdy były małe, na jedno ze świąt dostały od dziadka zabawkowe sejfy i ku zdumieniu całej rodziny, znały nawzajem swoje szyfry, wcale się nimi nie dzieląc. Obie, gdyby tylko zechciały sobie przypomnieć, pamiętałyby, że kiedy jedna spadła z drzewa prosto na nos, drugiej również zaczęła cieknąć krew. Ciała zawsze je łączyły, dlatego tak usilnie próbowały rozdzielić dusze.
– Ada, dlaczego my się zawsze musimy kłócić? – mruknęła Helena – Przecież ty mi wszystkie czakry blokujesz…
Adrianna zamrugała, zaskoczona tym zlepkiem słów.
– Ja tobie czakry blokuję? Chyba żartujesz! To ty blokujesz wszystkie moje czakry!
– Moje są w porządku, to twoje są zablokowane… – sama nie zauważyła, że zupełnie wykręciła w odpowiedzi znaczenie wcześniejszych słów. Mieliły kolejne zdania tylko po to, by się ranić, a nie po to, by rozmawiać.
– Ty mi blokujesz…
– …czakry! – krzyknęła nagle Helena.
W tej samej chwili, jakby wyrwany z innego świata, wprost ze mgły i spomiędzy zarośli, wyskoczył ogromny jeleń z rozłożystym porożem. W jednej sekundzie stanął na środku drogi. W następnej uderzył prosto w maskę rozpędzonego samochodu.
Kierująca Adrianna straciła panowanie nad kierownicą i, próbując hamować na śliskiej nawierzchni, w pisku opon zjechała w stronę pobocza po lewej stronie szosy. Pojazd zatrzeszczał, skręcił, zatrząsł się… i w końcu z impetem uderzył w drzewo. Światła natychmiast zgasły. Z całkowicie roztrzaskanej maski nie wydobywał się nawet dym, była tak zmiażdżona przez potężny konar rozłożystego wiązu, że wszystko, co mogło uchodzić, wylatywało bokami mieszając się z gęstą mgłą, znikało w niej bez śladu.
Drzewo stało niewzruszone, jakby kolizja w ogóle go nie dotyczyła. Zrzuciło tylko z korony kilka gałęzi, które opadły na wgnieciony dach.
Po dłuższej chwili Adrianna spróbowała otworzyć oczy, ale dostrzegała jedynie czerwone plamy powidoków wśród czerni. Czuła zapach benzyny, krwi i własnego strachu. Słyszała swój przyspieszony oddech oraz gasnące, świszczące rzężenie. Powoli spojrzała w stronę fotela pasażera i zrozumiała, że siostry już tam nie ma — był tylko pień, który zajął jej miejsce.
W oddali, jak gdyby nigdy nic, jeleń podniósł się z szosy i jednym susem zniknął w lesie.
— Hela… Heleniu… — wyszeptała Adrianna.
Spróbowała otworzyć drzwi i po kilku nerwowych pociągnięciach klamki wreszcie się to udało. Wysiadła chwiejnym krokiem. Krew na ubraniu zdążyła już zaschnąć, tworząc twardą skorupę na plamach. Ledwo trzymała się na nogach i zadrżała z zimna. Podeszła do bagażnika, ale wgnieciona pokrywa nie chciała ustąpić. Sięgnęła więc w ciemność wnętrza samochodu, dosięgła torebkę oraz wciąż pachnące perfumami futerko, które narzuciła na ramiona. Po chwili jednak osunęła się prosto na szosę.
Kiedy się ocknęła, nie od razu rozpoznała miejsce, w którym się znalazła. Jasne światło odbijało się od zielonej lamperii, raziło oczy i potęgowało dezorientację. W przedramię miała wbity wenflon, zauważyła kroplówkę. Na stoliku obok łóżka, które wartki umysł szybko zidentyfikował jako szpitalne, leżało zakrwawione futerko i torebka siostry.
Ratownik pochylił się nad leżąca.
— Pani Helena?
Nie wyprowadziła go z błędu. Od najmłodszych lat nawet rodzice je mylili, więc przywykła, by nie reagować, gdy ktoś nazywał ją nie swoim imieniem. Tym razem również nie zaprzeczyła, zresztą i tak nie mogła, bo maska tlenowa zakrywała jej twarz. Po prostu zasnęła.
Gdy następnego poranka się obudziła, po skromnym śniadaniu do sali szpitalnej weszła kobieta, która przedstawiła się jako psycholog, w towarzystwie lekarza i pielęgniarza.
— Próbowaliśmy reanimować pasażerkę, jak rozumiemy, pani siostrę Helenę, ale nie miała ani oddechu, ani tętna.
Dobrze wiedziała, że nie było czego reanimować bo Hela zamieniła się w drzewo. Wzięli ją więc za siostrę i rozumiała dlaczego, przez dokumenty znalezione w torebce, którą miała przy sobie. Chciała ich wyprowadzić z błędu, ale nie potrafiła. Milczenie było jej jedyną odpowiedzią. Usłyszała:
— Bardzo nam przykro, ale pani Adrianna nie żyje.
Zatroskana psycholog wydała jej się w tej chwili wyjątkowo irytująca.
— Czy jest ktoś, oprócz szwagra, kogo chciałaby pani powiadomić o wypadku?
— Aleksander… był już tutaj? — padły w końcu pierwsze słowa z jej ust. — A Tezeusz?
Sanitariusz spojrzał na nią z wyraźnym zaskoczeniem. W tej chwili dotarło do niej, że kiedy trzy lata wcześniej nadała synowi imię, mogła to zrobić na złość temu dziecku.
Gdy wyszli, zwróciła uwagę na torebkę oraz uśpiony w niej telefon. Wyciągnęła go obolałymi dłońmi i włączyła. Był to najnowszy model, wersja „pro”, odblokowujący się po rozpoznaniu twarzy, co oczywiście nastąpiło od razu, gdy tylko przysunęła ekran do oczu. Zaśmiała się w duchu bo siostra, nawet w dniu śmierci, dopilnowała, by bateria w telefonie była naładowana.
— Olek, słuchaj… — chciała mu to powiedzieć. Naprawdę chciała wyznać, że to nie Adrianna zginęła, tylko Helena.
— Hela, ja wiem. Dzwonili do mnie z policji. To nie była twoja wina…
Jego głos dziwnie zawisł. Poczuła, że pomyślał o tym, że może była.
— Czakry…
Zapadła cisza.
— Hela, co mówisz?
— Czakry zablokowane…
— Nie rozumiem. Odpoczywaj. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała.
Myślała o mężu i synu. Zastanawiała się, dlaczego nie wyznała, że to ona przeżyła. Pomyślała też o projekcie egzoszkieletów, który właśnie wchodził w fazę prób, i zaczęła rozważać, który z magistrów inżynierów z zespołu będzie musiał się nim teraz zająć.
Telefon zawibrował. Wzięła go do ręki i zwróciła uwagę na powiadomienia. Nie było ich kilka, ani kilkaset. Nie było ich nawet kilka tysięcy… ani kilkanaście tysięcy. To były masowe treści, miliony reakcji. Ludzie komentowali, oznaczali ją, dopytywali, co się stało z Heleną, i pytali, czy to prawda, że nie żyje.
Policzki jej zapłonęły, ale dopiero gdy zalogowała się na konta bankowe siostry, oczywiście bez trudu odgadując hasła i pin, które Helena mogła ustawić, po raz pierwszy w życiu naprawdę czegoś pozazdrościła.
Tymczasem skomplikowany ekosystem powiadomień, oznaczeń i komentarzy zdawał się żyć własnym życiem. Zaczęła przeglądać treści, które siostra wrzucała na długo przed śmiercią. Widziała również komentarze pod niedawnymi filmami. Ludzie się kłócili, wyznawali miłość, obrażali, wychwalali… Wszystko to, czego Adrianna nigdy, ale to nigdy, nie zaznała.
Jej uwagę przykuło jedno, szczególne powiadomienie — ktoś oznaczył ją w niskiej jakości rolce, pisząc:
„Mój chłopak obiecał, że jeśli zdobędę pół miliona serduszek i komentarz od Hell-Queen” — a taki właśnie nick miała jej siostra — „to kupi mi kota Maine Coon. Pomóżcie to osiągnąć!”. Niewiele myśląc, skomentowała:

Zawrzało. Kolejne powiadomienia. Kolejne i kolejne. Tej nocy nie mogła zasnąć i wiedziała już, że jest za późno, by wrócić do dawnego życia.
Usiadła wygodnie w szpitalnym łóżku, podpierając się poduszką. Światło telefonu odbijało się zieloną barwą boazerii w jej twarzy. Włączyła transmisję na żywo, pamiętając, że live’u nie wolno przerywać.
Pomimo środka nocy wciąż dołączały kolejne osoby, a ona skierowała aparat na siebie i spokojnie powiedziała:
— Widzowie… jak wiecie, Adrianna, moja kochana siostra, naukowiec, inżynier, żona i matka, zginęła w wypadku samochodowym. Moja druga połówka, ukochana bliźniaczka…
Dodaj komentarz