Dzień widziany z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej trudno nazwać dniem. Jedna część Ziemi tonie bowiem w ciemności, druga skąpana jest w promieniach słońca. Między nimi nieustannie sunie linia oddzielająca światło od mroku, biegnąc po oceanach, morzach i kontynentach. Każda chwila jest więc jednocześnie dniem i nocą.
To miał być pół-dzień i część-nocy, zupełnie inne niż wszystkie wcześniejsze. Chociaż jak zawsze widzieliśmy jednocześnie kilkanaście różnych godzin, przynajmniej dwie pory roku i daty. Powietrze na Ziemi było tak przejrzyste, że niemal dostrzegałem każdą upływającą sekundę. W takich chwilach czas zwalnia, aby można było zobaczyć więcej, niż potrafi ludzkie oko. W ostatecznej chwili nikt z nas nie chciał korzystać z aparatury i jak nieczęsto się zdarzało, patrzyliśmy wszyscy w tym samym kierunku.
Nigdy wcześniej ani później nie zarejestrowano takich warunków atmosferycznych. Błękitne, czyste i wielkie wody przelewały się falami przez przestworza, jak codziennie, ale tym razem wolniej i dokładniej, dając więcej czasu na zauważenie tego, co najważniejsze. A mieliśmy co obserwować.
Widzieliśmy wzburzone równiny o wielu kolorach, w niektórych miejscach schowane pod wysokimi chmurami, a na półkuli południowej pod ogromnym cyklonem, który z czasem rozwiał się i zniknął zupełnie pod grubymi, czarnymi chmurami okalającymi planetę. Wyspy Oceanii jeszcze wyglądały jak okruszki rozsypane na stole o niebieskim obrusie, a głębia oceanu znikała w oparach atmosfery.
W całym kosmosie przebywało nas dziewięcioro na MSK oraz trzy osoby na chińskiej stacji badawczej Tiangong, w Niebiańskim Pałacu. Więc tylko nasza dwunastka obserwowała zagładę. Czuliśmy się dużo słabsi od nieszczęsnych dziewięciu miliardów, których śmierć widzieliśmy z kosmosu. Z oddali, chociaż tak nam bliskiej jak nic innego.
Z każdą sekundą odchodziły od nas siły, które dotychczas utrzymywały nas przy życiu, na tym skrawku, pyłku zimnej i pustej przestrzeni materii. Zbitej z kawałków metalu i tworzywa stacji kosmicznej dryfującej wokół duszącej się macierzy cywilizacji dążącej do samounicestwienia, jak miało się okazać, na naszych oczach. Do ostatniej chwili nikt nie chciał uwierzyć, chociaż każdy powtarzał, że całkiem możliwe, abyśmy byli do tego zdolni.
Traciliśmy nadzieję z każdym obserwowanym wybuchem. Grzybowe chmury pyłu tworzyły kręgi jak po kamieniach rzuconych w taflę jeziora. Wchodziliśmy w widoczność od strony Australii, dryfując ponad rozpostartą pod nami mapą świata. Widzieliśmy przesuwające się krainy morskie, potem ogrom gleb kontynentu z Himalajami w sercu. Wszelkie powierzchnie buzowały od podmuchów gorąca i śmierci przez trzy całe dni, aż przestaliśmy widzieć nawet najwyższe górskie szczyty.
Nie chcąc wyrażać własnych sądów czy zrzucać winy na kogokolwiek, byliśmy przecież przedstawicielami kilku narodów znajdujących się po różnych stronach historycznych aspiracji i konieczności, zachowaliśmy milczenie do ostatniej chwili, gdy zasnęliśmy z braku tlenu. Kolejny wahadłowiec zaopatrzeniowy nie mógł już do nas przybyć.
Niepokój targał mną od dłuższego czasu, a nasilał w ostatnich dniach, gdy straciliśmy łączność radiową z Ziemią. Internet odłączono kilka tygodni wcześniej, oficjalnie z powodu ograniczenia przepływu danych na całym świecie. Cierpieliśmy z powodu utraty kontaktu z tymi, którzy pozostali na powierzchni planety. Od chwili wyłączenia dostępu do globalnych informacji, otrzymywaliśmy jedynie proste komunikaty, bez opinii i narracji.
Astronauci na stacji wyrażali jednomyślnie i wobec siebie nadzieję na szybką regulację burzliwej sytuacji międzynarodowej i przetrwanie gatunku. Nawet w okrojonej formie, mogącym rozwinąć się na nowo jedynie dzięki pamięci, bo wszystko najpewniej spłonęło w skażeniu nuklearnym i pyłach wulkanicznych. Setki gór na całym świecie eksplodowały naraz w wyniku zaburzeń płyt sejsmicznych, targanych potężnymi siłami eksplozji wodorowych. Drzemiące stożki zostały uwolnione z opóźnieniem, a opary dopełniły dzieła zasłonięcia przed nami powierzchni planety czarną i gęstą atmosferą.
W ostatnich dniach konflikt na Ziemi zaognił się, a kolejne państwa opowiadały po przeciwnych stronach. Frontów nagle stało się wiele, a różne podmioty jednoczyły we wspólnym dziele militarnym, mającym na celu nie wygraną i władzę nad resztą, lecz zniszczenie przeciwników. Groźby przerodziły się w działania i odwety. „Jeszcze większe wysiłki musicie wkładać, narodzie! Zniszczymy wroga!” – rozlegało się w licznych przemówieniach, w wielu językach i wszystkich zakątkach świata, tej małej kuli wśród tajemnej wieczności gwiazd. Mającej jednak biec przez czas, nawet po własnej zagładzie.
Do chwili, gdy nagły rozbłysk, pierwszy i kolejne, z różnych punktów, a później tumany kurzu, wystrzeliwujące koła podmuchu, zapowiadały na naszych oczach koniec gatunku ludzkiego w wyniku atomowej zagłady, wszystko wskazywało na faktyczne sięgnięcie przez rządy światowe po rozwiązania ostateczne. Słowa gróźb spełniły się.
Iluzją były marzenia o wspólnym wysiłku na rzecz stworzenia nowych światów na innych powierzchniach niż oglądana przez nas wśród iskrzących wieloma kolorami gwiazd w tle. Ziemia była w tych dniach planetą przykrytą trującą kopułą, by oddzielić się sklepieniem nieprzeniknionych chmur od przyszłości. Z perspektywy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, również Niebiańskiego Pałacu, nie mogliśmy z całą pewnością ustalić, skąd zostały wystrzelone pierwsze głowice nuklearne. Widzieliśmy tylko część globu naraz i nie mieliśmy pewności, że na tej drugiej nie zostały wystrzelone pociski najpierw, a obserwowane przez nas stanowiły odwet.
Ten dzień i trzy następujące przed Sądem Ostatecznym nie były podobne do poprzedzających je tygodni, wieków i tysiącleci, które zbiły się w jedną całość, bryłę niczym lodową, teraz już martwą i drętwą, która przepadła. Ogrom tego, co widzieliśmy dawał pewność: wszelkie życie na naszej macierzystej, jedynej zamieszkałej przez ludzi planecie ustało bezpowrotnie. Każdy rok wcześniejszy jak i każda sekunda prowadziły do chwili, gdy wszystko dotarło do niczego. Nastał więc czas, by człowiek stał się tym, na co wyrósł wśród brutalnie zniewolonej natury. Przyroda ziemska została zniszczona do cna przy naszej wnikliwej obserwacji i oczywiście odczuwaliśmy smutek.
Miasta, które w nocy zawsze rozświetlały ciemność, odcinając się poświatą od konturów lądów, przez ten czas nie świeciły w pełni bądź były do cna zgasłe. Potem już wszystkie miejsca, które w nocach wcześniejszych jeszcze iskrzyły, stały się ślepe. Na powierzchni pojawiały się kolejne rozbłyski, zawirowania chmur, rozpierzchłe w piekielnej symetrii okręgi – dziesiątki, setki, tysiące, dziesiątki tysięcy. Głowice uderzały na oślep w wszelkie miejsca, których zmierzch widzieliśmy tylko my i nie mogliśmy nic zrobić. Zagłada trwała trzy pełne doby, by w końcu ucichnąć. Wraz z ostatnimi wystrzałami glob pogrążył się w ciemności.
Wrócić na Ziemię nie mogliśmy – przyszło nam umrzeć jako ostatnim przedstawicielom gatunku. Byliśmy samotni w Kosmosie. Następne czterdzieści dni, bo na tyle wystarczyć miało tlenu, wypełnione były jedynie cierpieniem i zadumą nad gatunkiem, który według wszelkiego prawdopodobieństwa przepadł.
„It’s fucking gone… Fucking gone…” – powtarzała Amerykanka. Ja, choć nie miało to najmniejszego znaczenia, irytowałem się, że w tak doniosłej chwili używa tak banalnych słów. Zresztą miały być ostatnimi, nikt więcej nic już nie powiedział, bo brak zapasu powietrza stawał się coraz bardziej dotkliwy.
We wszystkich modułach stacji, po których poruszaliśmy się w milczeniu, niedowierzaniu i wśród sennych wątpliwości, dało się wyczuć ten sam, dziwny zapach poczucia winy. Nagle okazało się, że każdy czuje się tak samo odpowiedzialny. Nosiliśmy w sobie nie tylko żal, ale również winę. Przecież wszelkie działanie narodów zaczyna się od jednostki. Czy zrobiliśmy wszystko, żeby zapobiec katastrofie?
Po trzech dniach zostaliśmy tylko my, i to na krótką jeszcze chwilę. Któż będzie winny, gdy astronauci – trójka Amerykanów, Niemiec, Francuz, Polak, Izraelczyk, dwóch Rosjan, Irańczyk i dwóch Chińczyków, jedyni przedstawiciele gatunku będący w tej chwili w Kosmosie i ostatni pozostali przy życiu – zgaśniemy? Zostanie tylko noc i nikogo więcej, aby o tym opowiedzieć. Pozostała już tylko noc. Już tylko noc.